wtorek, 4 października 2016

Pojizerim za sluncem

W ostatni wrześniowy weekend mieliśmy przyjemność wziąć z Szardynką i Mackiem udział w dorocznym chodskim dogtrekkingu - imprezie odbywającej się w miejscowości Mala Skala w Czechach.
Dogtrekking ów organizowany jest przez miłośników chodziaków oraz beagli, które klasyfikowane są oddzielnie - inne rasy mogą zapisywać się tylko w ramach niewielkiego limitu klasy open. Chodskie psy stanowią tam w każdym razie większość, a z uwagi na to, że oprócz suczek z Vita canina dotychczas mieliśmy okazję zobaczyć na żywo tylko jednego chodziaka (Drago z Coyocan), nie mogliśmy się doczekać, aby spotkać tyyyle "Szardynek" w jednym miejscu.
Ponieważ Mala Skala znajduje się w odległości 500km od Krakowa, wyruszyliśmy w podróż już w piątek. Nie obyło się bez przygód - po przebyciu 200km zorientowaliśmy się, że... zapomnieliśmy psich paszportów, które zarazem pełnią funkcję książeczek zdrowia. Na szczęście w porę sobie przypomniałam, że mam w portfelu (niezbędne zarówno do wystartowania w zawodach jak i wwiezienia zwierzaków na teren Czech) zaświadczenia o szczepieniu przeciwko wściekliźnie, zawierające także numery chipów, także postanowiliśmy jechać dalej i próbować się dogadywać na tej podstawie.
Szczęśliwie obyło się bez problemów w drodze, a zaświadczenia zostały później uznane przez organizatorów i dopuszczono nas do startu.
Bazą zawodów i zarazem miejscem zakwaterowania uczestników został hotel Jizera-  miejsce ultraprzyjazne turystom z psami. Czworonogi były mile widziane wszędzie - nawet w serwującej smaczne, domowe posiłki i wspaniałe czeskie piwo restauracji. Oczywiście nie odmówiliśmy sobie ani jednego, ani drugiego - jednak uwagi na to, że następnego dnia trzeba było wstać o 6 rano a za sobą mieliśmy długą podróż, nie siedzieliśmy zbyt długo na dole i dość wcześnie poszliśmy spać.
W sobotę tuż po śniadaniu, tj. ok 7:30, przystąpiliśmy do odprawy technicznej. Do wyboru były cztery trasy: "wózkowa" - dla rodziców z dziećmi, krótka - 15km, średnia-  25km i długa - 40km. My postanowiliśmy wystartować na średnim dystansie - jechać 500km, żeby przejść tylko 15 mijało się z celem, natomiast 40km to na ten moment dla nas za dużo - nigdy takiego dystansu nie zrobiliśmy z psami. 25 to dystans idealny, szczególnie w górzysto-skalistym terenie - wymagający, ale zdecydowanie na miarę naszych możliwości. Zapisani zostaliśmy w parach: ja z Szardynką, Jacek z Mackiem.
Każdy z uczestników otrzymał mapę z - co się nie zdarza na rajdach w Polsce - oznaczoną trasą przejścia oraz łatwymi do zidentyfikowania punktami kontrolnymi, ułożonymi kolejno na trasie. Rodzime dogtrekkingi charakteryzują się tym, że na mapce zaznaczone są wyłącznie punkty, często mało charakterystyczne i ukryte głęboko w lesie, z dala od oznaczonych szlaków - w związku z czym samemu trzeba opracować trasę i kolejność dojścia do każdego z nich co, nie ukrywam, nie należy do moich ulubionych czynności; znacznie więcej przyjemności czerpię z po prostu maszerowania do przodu ze świadomością, że wiem, dokąd idę.
Mapie towarzyszył dość szczegółowy opis trasy oraz pytania do punktów kontrolnych - wszystko oczywiście po czesku, także przy kilku punktach, do których dotarliśmy bez innych uczestników, musieliśmy trochę pogłówkować, żeby się domyśleć, co autor miał na myśli :-)
Trasa była ułożona wręcz idealnie - ostrzejsze lub dłuższe podejścia były rekompensowane dłuższymi odcinkami po płaskim  - zarówno asfaltem przez wsie, jak i polnymi drogami oraz grzbietami wzniesień pośród malowniczych Klokocskich Skal i nieopodal ruin zamku Rotstejn. Po drodze zaliczyliśmy wizytę w dwóch gospodach - przy czym szczególnie druga, zlokalizowana na najwyższym szczycie Czeskiego Raju, czyli górze Kozakov 744 m.n.p.m podbiła nasze serca - nie ma to jak perspektywa rychłego pokrzepienia się zimnym piwkiem po pokonaniu wyczerpującego podejścia, z ponad 200m przewyższenia na niecałym kilometrze.
Ostatni, dziesięciokilometrowy odcinek był spokojniejszy - mniej ostrych podejść i zejść, więcej szybkiego marszu. Jeszcze tylko końcówka mocno pod górę - z powrotem do położonego powyżej centrum Malej Skaly hotelu - i byliśmy na mecie.  Odnotowany czas na mecie to 6h52' (Jacek i Mackie) i 6h53' (ja i Szardi), co dało nam odpowiednio 6 i 7 miejsce na 20 chodziakowych par. Pauzowane na czas przerw na piwo Endomondo wykazało czas o czterdzieści minut lepszy.W kwestii pokonanych kilometrów, według aplikacji było to 24,44km, ale zgubiła nas podczas podejścia na Kozakov (ślad GPS pokazuje tam prostą linię), zaś według organizatorów trasa liczyła niecałe 26km, także tego się trzymamy. Psy sprawiły się doskonale - z uwagi na operujące niemal przez cały czas słońce dość często je poiliśmy, a podczas postoju na Kozakovie dostały też przygotowaną uprzednio porcję mięsa, która ewidentnie dodała im (szczególnie Mekiemu, który lubi marudzić pod koniec trasy) energii.
Wieczorem, gdy wszyscy śmiałkowie zeszli już z długiej, 40km trasy, nastąpiła dekoracja uczestników oraz rozdanie nagród, wszystko oczywiście w towarzystwie czeskiego pilsnera. Niektóre psy były obecne w sali biesiadnej - szczerze powiedziawszy z zazdrością spoglądałam na śpiące w najlepsze na kanapie beagle, które ledwo podnosiły powiekę, gdy ich pan wstawał i szedł po piwo - nasze osobisty żywiołaki nie odstępowałyby nas na krok, poza tym Mackie kiepsko znosi bliskie towarzystwo innych, większych psów, także bezpieczniej było je zostawić na ten czas w pokoju.
Podsumowując, był to dogtrekking idealny i zarazem fantastyczne mikrowakacje. Pogoda była cudowna - podobno zresztą jak co roku :) do tego świetne, przesympatyczne towarzystwo. Warto zauważyć, że byliśmy jedynymi uczestnikami z zagranicy. Jeszcze jednym pozytywnym akcentem było spotkanie z Sylvą i Wojtkiem z Vita canina - hodowli, z której pochodzą Szardi i Mackie, wraz z pieskami - w tym siostrą Mackiego z miotu, Marissą.
Na pewno wrócimy do Czech w przyszłym roku!

Strona wydarzenia: Pojizerim za sluncem



































piątek, 19 lutego 2016

Zimowe sporty w Niepołomicach

Fotorelacja ze styczniowego wypadu do Puszczy Niepołomickiej z przyjaciółmi z psiej ekipy Wild Dogs Team, do której mamy zaszczyt przynależeć.
Chodziaki po raz pierwszy w życiu zostały zaprzęgnięte do sanek, ale poradziły sobie znakomicie. Dwa takie małe ciałka potrafią wytworzyć w sumie sporo pary!
Zrobiliśmy około 12km w niewiele ponad godzinę - psy ciągnęły sanki na - rzecz jasna - krótkich odcinkach, resztę trasy przebiegliśmy w tempie joggingowym i z licznymi przystankami; dzięki ekipie siedmiu osób i siedmiu psów często zamienialiśmy się miejscami i rolami. Niemniej jednak, wszyscy mieli doskonałą zabawę! :)










środa, 10 lutego 2016

Psylwester 15/16

W tym roku Sylwester został zaplanowany pod hasłem: wywozimy psy za miasto.
Szardi zaczyna być wrażliwa na hałasy już od pierwszej petardy, zazwyczaj odpalonej na dobrych kilka dni przed Godziną Zero. W tym czasie ciężko się z nią wieczorami wychodzi na spacery - gdy się tylko ściemni, Szardynka nie chce wyściubic nosa za drzwi i zapobiegawczo przesiaduje w swojej "budzie", czyli pod stolikiem w gabinecie. Postanowiliśmy zatem oszczędzić psu niepotrzebnego stresu i przy okazji spędzić parę dni z przyjaciółmi na łonie natury; ergo, wrócić na Roztocze; w miejsce, gdzie byliśmy na wakacjach i gdzie spędziliśmy (zarówno my, jak i psy) fantastyczny czas.

Wyobraźcie sobie, że Szardi poznała "nasze" Roztocze już w momencie, gdy zatrzymaliśmy się przed wjazdem na posesję - widać było, że pragnie jak najszybciej wydostać się z auta. Po wjeździe na teren od razu wypięliśmy psy z pasów i puściliśmy wolno (nie ma to jak szczelnie ogrodzona działka!) - z miejsca rozpoczęły szaloną, radosną gonitwę. Przez chwilę czułam się, jakbym wróciła tam co najwyżej po kilku dniach nieobecności - z tym, że nieco zmieniła się w tym czasie aura :-)

Sam Sylwester przebiegł niezwykle spokojnie - co prawda w samej wsi strzelali, lecz było to na tyle daleko, żeby Szardi nie wpadła w panikę - po prostu odmówiła wyjścia z domu późnym wieczorem, natomiast następnego dnia już nie pamiętała, że cokolwiek się działo. Przez większość nocy spała na kanapie i niczym się nie przejmowała. Mackie Messer natomiast dzielnie z nami świętował północ na zewnątrz - chłopak żadnego huku się (odpukać) nie boi. Pogoda nam wyjątkowo dopisała - niedługo po naszym przyjeździe zaczął padać śnieg, a w Nowy Rok zrobiło się nie tylko biało, lecz również bardzo, bardzo zimno - aż do -20 w nocy  -w związku z czym dane nam było poznać urok mieszkania w domu ogrzewanym kominkiem - trzeba dokładać drewna przez całą noc, nie ma zmiłuj, a rura doprowadzająca wodę do kibelka może momentami zamarzać ;-) zaś samo ognisko rozpala się dwie godziny (brawo dzielny harcerz Łukasz!)

Samym piesom pogoda wyjątkowo przypadła do gustu - szczególnie upodobały sobie lodowisko, które utworzyło się na zamarzniętym stawie. Gonitwom po lodzie nie było końca, a Mackie nawet skąpał się w przeręblu (wszedł na kruchy lód przy samym brzegu). Odrobinę się zdziwił, lecz po chwili wygramolił na brzeg, otrzepał i niczym niezrażony brykał dalej - jednak  na jego sierści niemal od razu pojawiły się sopelki lodu, wiec czym prędzej zabrałam go do domu, aby ogrzał się przy piecu - w końcu to pies trzymany w mieszkaniu, nienawykły do kąpieli a'la mors.

Long story short: Nie ma to jak Sylwester z psami za miastem!
Tak nam się podobało to bezstresowe urzędowanie w domku z kominkiem, że planujemy już powrót za rok - a najchętniej i co roku.
A na wakacje też tam w tym sezonie wracamy :-)

W celach porównawczych załączam ujęcia zarówno letnie, jak i zimowe:
























piątek, 11 września 2015

Sesja portretowa / agility

Pod koniec sierpnia piesie uczestniczyły w kolejnej sesji zdjęciowej autorstwa wielce utalentowanej Asi Sułkowskiej. Jak widać, piesie stanowią wyjątkowo zgraną drużynę zarówno podczas pokonywania przeszkód, jak i odpoczynku.